Rachunek za szczęście, czyli caffe latte Karolina Wilczyńska.

Rachunek za szczęście, czyli caffe latte Karoliny Wilczyńskiej to ostatni trzeci tom o przygodach Miłki, która robi wszystko, co jest tylko możliwe, aby utrzymać Kawiarenkę za rogiem mimo braku wsparcia ze strony Tymona, który znika w niejasnych okolicznościach. Na szczęście może ona liczyć na wsparcia zarówno swojej siostry Wiktorii, której niespodziewany przyjazd wiążę się z pewnym sekretem, jaki Miłka pozna, jak również niezawodnego Remka, który mimo poważnych trudności finansowych z wypłatą pensji dla pracowników zostaje w Kawiarence, nawet wtedy, gdy coraz bardziej realna jest groźba jej zamknięcia. Dobrym aniołem zarówno tego miejsca, jak i samej głównej bohaterki jest Pani Wera,z którą rozmowy otwierają jej oczy na wiele spraw, których do tej pory nie umiała dostrze

Przez zupełny przypadek odkrywa rzeczywisty powód zniknięcia Tymona i to dlaczego się z nią związał. Po początkowym szoku, znając prawdę odzyskuje siły i dzięki Wiktorii która jedzie do rodziców, możliwa jest rozmowa i przebaczenie skrywanej przez lata tajemnicy. Pojednanie z rodzicami otwiera Miłce drzwi do odzyskania Kawiarenki, której właścicielką okazuje się dobra dusza tego miejsca. Ale, jeśli ktoś liczy na łzawą historyjkę ten jest w błędzie chociaż nie brak tutaj wzruszających momentów, jak chociażby historia Pani Anny.

Jednak Miłka nie od razu ma pewność, czy będzie potrafiła sobie poradzić z wzięciem pełnej odpowiedzialności za prowadzenie Kawiarenki. I tutaj z pomocą przychodzi Agnieszka, która przychodzi prosić o wybaczenie, że nie pani adwokat nie uwierzyła w zapewnienia swojej najlepszej przyjaciółki w to, że jej brat jest stalkerem. Ze swoim wątpliwościami dzieli się z Panią Werą., która zapewnia ją, że są one czymś normalnym.

Są książki zdecydowanie terapeutyczne i to nie tylko bajki i do takich zdecydowanie należy cykl Kawiarenka za rogiem.

a href=’https://www.counterliczniki.com'>licznik odwiedzin tumblr</a> <script

Robotnik

Robotnik

Jaka często spycham ten wewnętrzny nakaz zrób, coś, rusz się ? Najlepiej niech zrobi to ktoś inny lepszy w tej czy innej rzeczy, zdolniejszy, szczególnie wtedy, kiedy dochodzą do głosu wątpliwości: po, co mi to?

Przecież w najlepsze wersji narażę się wyśmianie albo pytanie, po co Ci to ? Będziesz, coś z tego miał? Nie raczej nic z tego poza duża satysfakcją mieć nie będę, nie licząc tego, co najważniejsze, że pozwoliłam na to, by temu wewnętrznemu przekonaniu dać się poprowadzić.

Robotnik

Jaka często spycham ten wewnętrzny nakaz zrób, coś, rusz się ? Najlepiej niech zrobi to ktoś inny lepszy w tej czy innej rzeczy, zdolniejszy, szczególnie wtedy, kiedy dochodzą do głosu wątpliwości: po, co mi to?

Przecież w najlepsze wersji narażę się wyśmianie albo pytanie, po co Ci to ? Będziesz, coś z tego miał? Nie raczej nic z tego poza duża satysfakcją mieć nie będę, nie licząc tego, co najważniejsze, że pozwoliłam na to, by temu wewnętrznemu przekonaniu dać się poprowadzić.

Szczególnie może właśnie wtedy, kiedy wątpliwości coraz bardziej dają o sobie znać. Może są właśnie po to, bo to co robisz ma, jakieś znaczenie? I pewnie nie zostanę drugim Sienkiewiczem z resztą nie mam takiego zamiaru to i tak warto dać się poprowadzić, a że miałam inne plany no cóż, widocznie tak miało być. Nie trzeba wiele faktycznie, jak zawsze racja :):) .

Człowiek Paschy

Być człowiekiem Paschy, co to dla mnie znaczy?

Inspiracją do tego tekstu stało się kazanie z ostatniej niedzieli, a właściwie jego konkretny fragment o tym, że Pascha jest wujciem poza swoje ograniczenia. Jeśli Syn Boży był gotowy na to, aby przyjąć to szaleństwo, jakim jest krzyż to, czy ja umiem to, co mnie ogranicza przekuć może nie w sukces, ale zrobić dobry użytek ?

 

Wyjść poza to, co mnie ogranicza jest dla mnie trudne, z czym nie potrafię sobie poradzić, bo już tyle razy i nic z każdej kolejnej próby nie wychodziło.

Wydaje mi się, że najważniejsze jest przyjąć to, że w tym i w kilku innych rzeczach nie jestem dobra ( to dość delikatnie napisanie) i zamartwiać się, przecież nie będę nigdy Pitagorasem, bo jeden już był. Trudno włosów z głowy z tego powodu nie zamierzam rwać, bo ich szkoda -takie gęste ;););) Chyba, że znowu się odezwie perfekcjonizm, ale w przedmiotach ścisłych mi to nie grozi.

Inaczej wygląda sprawa, kiedy po raz kolejny popadam w ten sam grzech, co przy ostatniej spowiedzi. Znowu to samo, nic o krok do przodu, a wręcz przeciwnie do tylu.

A może właśnie jestem do tyłu, znowu zaczynam od początku, po coś? I wcale nie jest łatwo znaleźć, uchwycić sens tego, dlaczego zaczynam od nowa. Wiele razy byłam zła, że nic z kolejnej próby nie wyszło, ale chyba dobrym sposobem jest pogodzenie się z tym, że każdy ma swoje tępo i nie ma, co się złościć i próbować przyspieszać, bo to przyspieszenie może dużo kosztować.

Przecież nikt nie oczekuje ode mnie bycia perfekcyjną, a już na pewno nie Najwyższy, Który wie, że to nie możliwe. Obraz może zawierać: tekst

zdjęcie pochodzi ze strony urzekająca.pl. (dostęp  02.12.2019.)

 

Problem w tym, że ja tego oczekuje, od siebie. Po, co ? Przecież Jego miłość jest bezwarunkowa, co nie znaczy, że tak sobie mam tłumaczyć każdy swój upadek, bo tak mi nie wolno.

Na pewno zawsze powinnam pamiętać, a przynajmniej spróbować, że zawsze mogę przyjść z tym, co nieidealne i wymaga poprawki do Niego. Zawsze niezależnie, co by się działo.

Miłość według przepisu, czyli słodko- gorzkie cappuccino Karolina Wilczyńska

Druga cześć opowieści o losach Miłki i  jej przyjaciołach i znajomych odwiedzających Kawiarenkę za rogiem, której główna bohaterka zostaje szefową i tym samym powinna nauczyć się wydawać polecenia, co na początku nie jest dla niej łatwe, podobnie, jak niespodziewane pojawienie się  siostry Wiktorii, które jak uważa sama, Miłka oznacza kłopoty i nie myli się niestety.

W tej części Wilczyńska koncertuje się na opisie historii związku Miłki z Tymonem, który w pierwszej części jawi się czytelnikowi, jako wybawca ratujący swojego pracownika przed stalkerem, teraz jednak taki idealny już nie jest zwłaszcza, kiedy nie daje dojść do słowa swojej partnerce do głosu, uważając przy tym, że jego zdanie jest najważniejsze. Prowadzi interesy, o których Miłka mimo szczerych chęci nic nie wie, ponieważ Tymon wyznaje zasadę, że powinno jej wystarczyć, że on zarabia na dom. A ona, ponieważ nie akceptuje swojego wyglądu, o czym wielokrotnie wspomina, godzi się na takie traktowanie, uważając, że jej partner jest taki dobry.

Brak pewności siebie i nieakceptowanie swojego wyglądu to wspólne cechy  zarówno głównej bohaterki, jak i jej małego przyjaciela, Franka, który wprost się przyznaje, Miłce, że jest wyśmiewany przez kolegów z powodu swojego wyglądu.

Pójście na koncert zespołu Pana Bogdana sprawia, że dzięki Miłce,  Franek odkrywa swoją nową pasje, która pozwala mu dodatkowo uwolnić złe emocje- grę na perkusji.

Miłka, jak zawsze może liczyć na niezastąpioną Panią Werę, z którą rozmowy mają charakter terapeutyczny. To właśnie dzięki niej zaczyna dostrzegać, że pewne rzeczy są nie tak. Mimo braku wsparcia ze strony Tymona podejmuje próbę ratowania Kawiarenki za rogiem, który ma kłopoty finansowe  i krok po, kroku udaje jej się zmienić sytuacje miejsca.

zdjęcie pochodzi z https://lubimyczytac.pl ( dostęp 30.11.2019.)

 

I tylko mi szkoda, że zrobiła, czegoś tylko dla siebie,”(…)Tak po prostu. Tylko po to, żeby mieć z tego przyjemność”. (s. 279)

Jaka będzie reakcja Tymona, kiedy dowie się wreszcie, co Milkę skłoniło do porzucenia dotychczasowego życia ? O tym dowiemy się w kolejnej części, na którą czekam z niecierpliwością 🙂

Książkę polecam i to bardzo 🙂 Dużym plusem jest zwrócenie uwagi na ważne społecznie sprawy takie, jak brak akceptacji swojego wyglądu, pewności siebie, uzależnianie swojego samopoczucia od opinii innych, przyjaźń miedzy Miłką, a Frankiem, która zwraca uwagę na to, że najbardziej potrzebuje on poświecenie uwagi swoich rodziców. Kolejny plusem są pytania postawione na końcu książki,które mogą być dobrym punktem wyjścia na rozmowach w dyskusyjnych klubach książki.

Książkę jeszcze raz polecam 🙂

 

Adoracja jako spotkanie

Adoracja jako spotkanie.

Od kolacji ważniejsza jest dla mnie adoracja – te słowa powiedziane żartem do koleżanki dawno temu dobrze oddają, czym ona jest dla mnie. Bardzo sobie cenię, jeśli mam taką możliwość chociaż na chwilę pobyć przed Nim wystawionym w Najświętszym Sakramencie na ołtarzu, tak po prostu.

Nawet jeśli biegnę myślami do moich zwykłych, codziennych spraw, to powracam do Niego właśnie z tym, co mnie rozproszyło. I chociaż wiem, że wiele osób ma kłopot z tym, jak się wtedy modlić w zupełnej ciszy, to ja najczęściej dziękuje za to, że mogę przed Nim być i zatrzymać się, oddając jednocześnie to, co mi leży na duszy, bo przecież On jest najlepszym Przyjacielem przez duże P. Bo nie chodzi tu o żadne fajerwerki.

A na nie tak dawno zadanie pytanie, czy muszę iść na adoracje odpowiem: nie, nie muszę, ale chcę i pójdę z radością, ciesząc się z tego, że mogę być tak zwyczajnie.

Pewnie dla wielu to jest czas zmarnowany, ale jeśli mam tak marnować czas to jednym z najlepszych sposób jest właśnie adoracja.

Milena

Papież Franciszek mówi, że lepiej zasnąć przed Jezusem na adoracji niż przed telewizorem. Śmieszne? Być może. Dla mnie jednak bardzo uwalniające.

Mój pęd życia narzuca mi niskie skupienie i małą uważność. Gdy po całym dniu w zgiełku i hałasie siadam przed Nim, opada mi głowa. Kiedyś miałam wyrzuty sumienia, że nie „potrafię” skupić się na Nim, nie potrafię się modlić. Teraz wolę zasnąć na adoracji niż przed telewizorem. Dlaczego?

Gdy jestem przy Nim spokojniej oddycham, inaczej patrzę, pozwalam sobie czuć. Czasem też słyszę w sercu coś, czego zupełnie się nie spodziewam – właśnie dlatego, że w końcu milknie świat wokół mnie, mogę usłyszeć Jezusa.

Czy można zrobić to poza adoracją? Można! Ale czy trzeba?

Magda

Szukać

Jak zraniona i zagubiona owca pozwala się znaleźć i opatrzyć rany, a tym samym je odsłonić wierząc i ufając, że będzie to zrobione bardzo delikatnie z wyczuciem, co nieznaczny., że ze znieczuleniem.

Bo nawet najtrudniejszą prawdę o słabości ludzkiej można powiedzieć z wyczuciem i szacunkiem, słuchając drugiej strony.

Nieraz mam ochotę krzyknąć: halo! stop, to nie taśma w supermarkecie: następny proszę tylko szybko, bo się śpieszę, a ten pośpiech jest wyczuwalny po tej drugiej stronie kratki konfesjonału.

I tylko jakoś nie tak,kiedy winy zaczynam szukać w sobie: a może to ja znowu za mało, niewystraczajaco ? Bo chciałabym się zatrzymać, poprosić o radę, powiedzieć, co mi leży na duszy.

Może to wszystko po, to by metodą prób i błędów znaleźć, tego, Który wysłucha nie okazuje pośpiechu i zniecierpliwienia? Nawet, jeśli ten czas poszukiwanie będzie oznaczał ponowne wystawienie się na zranienie to i tak warto szukać do skutku tak, jak szuka nas czasem długo Najwyższy.

Kobieta w Watykanie Magdalena Wolińska -Riedi

 

„Urodziłam się, kiedy Jan Paweł II były już papieżem, zupełnie nie potrafiłam sobie wyobrazić, że białą sutannę może nosić ktokolwiek inny”( s. 293)

Opowieść o codziennym życiu za murami Watykanu, które przeplata się z momentami przełomowymi, dającymi nowy rozdział w historii Kościoła i świata widzianymi od środka z samego źródła.

Kobieta w Watykanie. Jak żyje się w najmniejszym państwie świata - Magdalena Wolińska-Riedi | okładka

https://www.znak.com.pl/ksiazka/kobieta-w-watykanie-jak-zyje-sie-w-najmniejszym-p-magdalena-wolinska-riedi-147239 ( dostęp 09.11.2019).

Znajdziemy tutaj nie tylko opis emocji wiązanych z odchodzeniem  Jana Pawła II,  niepewność, ale także i ciekawość, kto będzie Jego następcą, a tym samym, jaki kierunek obierze Kościół, ale przede wszystkim opis trzech pontyfikatów, a także historię Gwardii Szwajcarskiej, letniej papieskiej rezydencji w Castell Gandolfo, funkcjonowaniu watykańskiego wymiaru sprawiedliwości podany na bardzo trudnych dla Kościoła przykładach Watiliks i sprawie arcybiskupa Wesołowskiego.

Wolińska-Riedi dużo miejsca i  uwagi poświecą Benedyktowi XVI i temu, że był niesłusznie postrzegany, jako żelazny Kardynał z Bawarii, który przy bliższym poznaniu okazje się bardzo ciepły i serdeczny.

Dużo miejsca zostało poświęcone pracy autorki, jako dziennikarki relacjonującej te najważniejsze wydarzenia dla Kościoła i świata z perspektywy uczciwości wobec miejsca, które stało się jej domem, a co za tym idzie, jak sama pisze bardzo często niektórych zdarzeń nie  przyszło jej do głowy nawet fotografować nie dlatego, że chciała coś ukryć, ale po to by w pogoni za tanią sensacją nie przekroczyć cienkiej granicy.

Nie znajdziemy tutaj żądnych skandali, jak niektórzy może liczyli.

Książkę polecam i to bardzo 🙂

 

 

Źródło.

Źródło

Źródło, a więc początek, gdzie rzeka zaczyna swój bieg by nabierać rozpędu. Takim początkiem jest świątynia.

Czym dla mnie jest ta do której przychodzę? Bez wątpienia miejscem sprawowania sakramentów, a więc szczególną obecnością Najwyższego.

Jego domem, gdzie jest obecny w Tabernakulum, domem, do którego zawsze mogę przyjść i tak zwyczajnie z Nim pobyć w milczeniu albo porozmawiać.

https://pixabay.com/photos/search/church/

Dla mnie też miejscem, gdzie dorastałam od momentu chrztu świętego przez Pierwszą Komunię aż po bierzmowanie.

„Chcę do jednego miejsca na ziemi
Gdzie problemy przestają mieć znaczenie
Do objęć, które akceptują me słabości
Do nich pragnę, tylko do mej miłości
Jest na ziemi jedno moje małe miejsce
Gdzie poza biciem serca nie liczy się nic więcej
Uciekam tam z moją całą miłością
Wierzę w Ciebie, wierzę w moje sacrum”.

Tekst pochodzi ze stromy :https://teksciory.interia.pl/Mezo-tabb-i-kasia-wilk-sacrum-tekst-piosenki,t,630358.html

To zdecydowanie miejsce, gdzie czerpię siły do codzienności.

Zdjęcie pochodzi ze strony :https://pixabay.com

 

Wdzięczność

„Stało się, że Jezus zmierzając do Jerozolimy przechodził przez pogranicze Samarii i Galilei. Gdy wchodzili do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i głośno zawołali: Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami. Na ich widok rzekł do nich: Idźcie, pokażcie się kapłanom. A gdy szli, zostali oczyszczeni.”„Wtedy jeden z nich widząc, że jest uzdrowiony, wrócił chwaląc Boga donośnym głosem, upadł na twarz do nóg Jego i dziękował Mu. A był to Samarytanin.”

Nad tym fragmentem chciał razem z nami zatrzymać się Kapłan odprawiający Mszę.

Trąd rozumiany jako grzech, a wiec oddalenie przede wszystkim od Najwyższego, ale od drugiego człowieka i co ważne od samego siebie.  Pada pytanie, jak ja traktuje sakrament pokuty i pojednania. Czy jest dla mnie waży, jakie miejsce zajmuje w moim życiu? Biegnąc w codziennym pędzie mam jeszcze siły, czas, a co najważniejsze chęci, aby powiedzieć stop teraz czas dla mnie i dla Niego.

Sama spowiedź, czy taktuje ja jak przysłowiową wyliczankę grzechów i słabości, czy dam szansę Chrystusowi na to, aby zmienił to, czego po ludzku nie mogę albo jestem na to słaba? Czy jeśli, coś szczególnie leży mi na duszy poproszę o radę w tej kwestii w zaufaniu spowiednika?

Kapłan skoncentrował się  także na wdzięczności. Czy potrafię być wdzięczna za darowanie tego, co mnie oddaliło od Niego? Czy pamiętam Kto mi tego przebaczenia udziela? I to, co mi teraz przyszło  na myśl przez czyje ręce je otrzymałam ? Czy potrafię po Klerze, I tylko nie mów nikomu pójść po zakończonej Mszy podziękować za inspirujące kazanie, a przy kolejnej spowiedzi za ostatnio zadaną pokute, która  była początkiem zamiany w moim życiu, a  nie traktowaniem  penitentów, jak przysłowiowej natrętnej muchy. Czy nie podziękuje wcale, a może poczekam  na dekret biskupa informując o przeniesieniu  i wtedy zdobędę się na słowa podziękowania ?

cytowany fragment Ewangelii pochodzi ze strony:   https://www.facebook.com/theofeelpl/posts/2605265169493491?__tn__=K-R

 

Bóg nie daje więcej niż możemy unieść

Bóg nie daje więcej niż możemy unieść te słowa spowiednika wracają do mnie jak bumerang, co jakiś czas najczęściej wtedy, kiedy mam jakąś trudną sytuacje i zupełnie nie wiem, co robić dalej.

Był taki czas, kiedy się buntowałam trochę na zadzie dziecka trzy letniego, bo ja tak chcę. Jednak chociaż to może zabrzmi banalnie On wie lepiej, co jest dla mnie dobre mimo że w danej chwili, czy sytuacji nie widzę tego. Po czasie okazuje się, że to,czego chciałam o co prosiłam wcale takie dobre nie było, a wręcz przeciwnie mogłam się sparzyć zupełnie jak mucha lecąca do ognia.

Dzisiaj dziękuje, że to, czego chciałam w konkretnej sytuacji nie zostało mi jednak dane. Teraz kiedy nie wiem, co robić albo jest dla mnie trudna sytuacja nauczyłam się mówić: Panie tylko bądź ze mną w tym, bo nie mogę już, nie widzę wyjścia. I chodź nie rozstępuje się nagle niebo, nie spływa na mnie olśnienie to wiem, że On chce być ze mną i z każdym z nas w tym, co zwykle, szare, codzienne. Powiedział przecież Ja jestem z Wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata, a On słowa dotrzymuje.