Światowy dzień bez telefonu komórkowego, który obchodziliśmy piętnastego lipca to dobry moment na to, by spróbować się przyjrzeć temu czy telefon komórkowy zamiast uławiać nam życie nie stał się jego namiastkom. Zapychaczem tego, co w nas trudne, bolesne, a przed czym sami bardzo chętnie chcielibyśmy uciec na koniec świata.
I nie chodzi mi o to, aby potępiać w czambuł to, że korzystamy z telefonów komórkowych, bo tak jak wszystko, także i one mogą służyć dobru. Ale raczej o spojrzenie, do czego go wykorzystuje ? I czy przypadkiem nie stał się on moim bożkiem i zastąpił mi niemal wszystkiego? Od źródła informacji niekoniecznie rzetelnego, przez relacje w wirtualnym świecie, które bardzo często są dużo bardziej płytsze niż te w rzeczywistości, aż do działającego na krótką metę zapychacza moich lęków, obaw i niepokojów przez bezużyteczne i pogłębiające te wszystkie emocje, scrollowanie mediów społecznościowych.
Jednym z moich postanowień wielkopostnych było właśnie ograniczenie czasu spędzanego w mediach społecznościowych, aby więcej czasu, który przez to zyskałam przeznaczyć na modlitwę, spacer i czytanie książek, które od długie czasu czekały na literackim stosie hańby, prosząc się o moją uwagę. Nie tylko nadrobiłam czytelnicze zaległości, ale zobaczyłam po raz kolejny, jak bardzo korzystanie z telefonu komórkowego kradnie mi czas.
Może on także służyć do tego, co dobre (wysłanie smsa ze słowami wsparcia do przyjaciółki, która mieszka na drugim końcu Polski,dzieleniem się fragmentem Słowa z dnia, które szczególnie dotknęło mojego serca, recenzją dobrej, wartościowej książki czy filmu). Warto przyglądać się temu przy codziennym, wieczornym, ignacjańskim rachunku sumienia czy telefon komórkowy, podobnie jak wszystko inne z czego korzystam nie stał się złotym cielcem. A jeśli tak to oddać, to w sakramentalnej spowiedzi prosząc,abyśmy do Jezusa w pierwszej kolejności przychodzili z tym, co dla nas trudne. W Ewangelii Mateusza sam nas przecież do tego zaprasza.
