Hejt, jaki się pojawił się na profilu Archidiecezji Warszawskiej pod oświadczeniem, Księdza Kardynała Kazimierza Nycza, w sprawie pomysłu zdjęcia krzyża w urzędach i innej przestrzeni publicznej, stawia pytanie: czym on jest dla mnie? I jeszcze szerzej: czym powinien być dla osoby wierzącej? Ale wierzącej na serio, która nie boi się do tego przyznać publicznie.
Kiedy obecnie rządząca opcja polityczna w czasie kampanii wyborczej szumnie zapowiedziała rozdział Kościoła od państwa to ani przez chwilę nie pomyłam, że w praktyce będzie to oznaczało zdejmowanie krzyża w szkołach i urzędach.
Krzyż to nie jest brożka, którą wpinam sobie w sukienkę, czy bluzkę, gdy idę do Teatru Wielkiego na spektakl. On nie jest ładnym dodatkiem do mojego stroju, że mogę go do niego dodawać lub usuwać w zależności od tego czy mi on pasuje, czy nie.
Natomiast zawsze powinien być dla mnie przypomnieniem Bożej miłości i tego, jak cenna jest dusza moja i każdego człowieka. I za jaką cenę- jego Krwi została odkupiona. Nie gdzie indziej, jak właśnie na drzewie krzyża. I o tym zawsze ma krzyż przypominać.
Krzyż bądź medalik noszony na łańcuszku jest moim potwierdzeniem tego, co mówię na każdej Mszy Świętej w Wyznaniu Wiary: „Wierzę w Boga Ojca wszechmogącego” i moim przyznaniem się, że rzeczywiście wierzę. I mam odwagę do tego, żeby nie wstydzić się Tego, w kogo wierzę.
Tego z pewnością chciałaby Najświętsza Maryja Panna Matka Kościoła, aby Jej przybrane dzieci, którymi staliśmy się nie, gdzie indziej, jak pod krzyżem właśnie-miały odwagę przyznać się do Jej, Syna.
