Doświadczenie kryzysu, wątpliwości (nie w Jezusową obietnice, lecz w samą siebie i swoje bardzo ograniczone możliwości, ciemności), pojawi się wcześniej czy później niezależnie od tego, do czego powołuje nas Jezus. I nie chodzi tutaj o to, aby straszyć, odbierać radość serca tym, którzy na różne i najlepsze dla siebie sposoby, odpowiedzieli na ten wielki dar i tajemnice.
Chodzi tutaj raczej o to, żeby być świadomą tego, że trudności, wątpliwości są tak, jak i wielka, niemierzona radość serca, którą niczym kropka nad i potwierdza jego pokój są częścią Bożego zaproszenia. Nie ma się jednak, co oszukiwać, że zdecydowanie łatwiej, lżej i przyjemniej jest nam przeżywać duchowe wow, radości niż to, co jest trudne i bolesne. Także wtedy w zadziwiający sposób robi się wokół osoby mającej trudny, ale i piękny czas, dużo mniej tłoczno. I dobrze, bo jak pokazuje moje niesamowicie bolesne doświadczenie, warto zachować szczególną ostrożność w tym z kim dzielimy się tym, co jest zwyczajnie po ludzku ciężkie.
O duchowych radościach, sukcesach zawsze znajdą się osoby gotowe słuchać, bo to jest zdecydowanie prościej, radośniej i nie tylko nic nie kosztuje, ale buduje tych, którymi się nim dzielisz. Natomiast wielką sztuką jest być mądrym, konkretnym i realnym wsparciem, gdy nad powołanie nadciągnęły wielkie, czarne i ciężkie burzowe chmury. Pomóc mądrze przejść przez ten czas umie naprawdę niewielu w taki sposób, żeby nie tylko, nie posypywać otwartej, żywej rany solą, ale co równie ważne być konkretnym umocnieniem.
