Czas zwiększonej aktywności duchowej związanej z Triduum już za nami. I dość naturalnym wydaje się pytanie: co dalej? Co zostało z tego czasu w moim sercu na dłużej? Poza nie ukrywam bardzo dla mnie trudną zgodą na dopuszczenie do serca niewyobrażalnej do ogarnięcia pustki w ciemnicy. Ale przede wszystkim zostawienie w czasie adoracji krzyża tego, na co nie mam wpływu i zgodzenie się: „Niech będzie jak Ty chcesz” z największą ufnością na jaką mnie stać w Miłosierdzie Boże. Zwykle, a może jednak nie, zwykłe trwanie na adoracji u Grobu Pańskiego.
Ktoś może powiedzieć, że to niewiele, bo cóż to jest trawnie przy Panu na modlitwie różańcowej w ciemnicy, czy u Jego grobu wobec tego, co wycierpiał w czasie Drogi Krzyżowej i śmierci na nim? I rzeczywiście, że wobec tego wielkiego wyznania miłości z Jego strony wobec mnie i każdego z nas to jest nic. Ale tylko podejmując nie łatwo próbę, trwania wtedy przy Nim mogę, chociaż w niewielkim stopniu odpowiedzieć na Jego wyznanie miłości, jakie dał na krzyżu. Prosząc jednocześnie, by Swoją łaską pomógł mi, żebym jak najmniej przez grzechy raniła Jego Boskie Serce.
I trwanie przy Nim może być dla mnie niemal duchowym biczowaniem, bo tylko tyle mogę Mu dać. Swoją obecność i modlitewne dziękuje za to, co zrobił dla mnie i całego świata. Mogę na to z pozoru mało znaczące trwanie spojrzeć, jak na łaskę i dar, które zostały mi od Niego dane. Wszak nie każdy, kto chciałby wtedy przy Nim być ma taką możliwość. Mnie nią w Swej dobroci zechciał obdarować. I tyle mi wystarczy.
