Poranna kawa może prowadzić do głębszej refleksji. Nad czym? Jak bardzo niemal namacalnie brakuje mi stałego spowiednika albo towarzyszenia duchowego. A najlepiej jedno i drugie. W pakiecie. Dlaczego to do mnie wraca, niczym bumerang? Bo jest dla mnie ważne. I jak na razie waham się, co do podjęcia decyzji. I chyba, co jeszcze trudniejsze, pójścia za nią.

zdjęcie pochodzie ze strony: https://pixabay.com/pl/ (dostęp 1.082020)
Dlaczego jest to takie trudne? Bo mój ostatni stały spowiednik był mistrzem duchowości. Zawsze poproszony o radę, dawał ją dobrą. Zostawiał przy mi wolność w podjęciu ostatecznej decyzji. Zadawana pokuta też nie była nigdy przysłowiowa trzy zdrowaśki. Nauka, którą mówił nie raz mnie ratowała.
I chyba, co najważniejsze pozwalał pytać. I uważnie słuchał. Na moje słowa, że bardzo sobie cenie adoracje Najświętszego Sakramentu, zapytał, czy kiedy Jest schowany w tabernakulum, czy kiedy jest wystawiony na Ołtarzu?
I nigdy nie czułam, że się spieszy.
Czy koniecznie muszę go mieć? Chociaż takie określenie nie pasuje mi w odniesieniu do człowieka. Nie muszę, ale bardzo wyraźnie widzę, jak dużo mi daje stały spowiednik. Co konkretnie? A to już temat na kolejny wpis. Dobrego weekendu 🙂
