Dziesiątego września obchodziliśmy pierwszą rocznicę beatyfikacji rodziny Ulmów: Wiktorii i Józefa oraz ich dzieci: Stasi, Basi, Władzia, Frania, Antosia i nienarodzonego dziecka, które w momencie egzekucji Wiktoria zaczęła rodzić.
Pod postem przypominającym o tej ważnej rocznicy, który na swojej stronie zamieściło Radio Niepokalanów pod licznymi komentarzami, aby Samarytanie z Markowej, jak określa się rodzinę Ulmów wstawiali się za poszczególnymi osobami, kilka z nich nie tylko wbiło mnie z wrażenia w fotel, ale mimo wysokiej temperatury w mieszkaniu, przyprawiło o uczucie zimna.
Skąd taka moja reakcja? Zwykle tak mocno i głęboko reaguje na to wszystko, na co wewnętrznie, w głębi serca się nie zgadzam.
I już słyszę te wszystkie głosy mówiące o tym, że reaguje zbyt mocno na czyjaś opinię do wyrażenia, której każdy ma przecież prawo. Do momentu, w którym przez nią nie rani, nie obraża innych.
Na swoje reakcje na to wszystko, co mnie otacza nie mam wpływu ( pozostaje mi je zaakceptować i na wszelki wypadek mieć w torebce paczkę chusteczek). Natomiast na swoje zachowanie mam wpływ. I to, jak najbardziej realny.
Komentarze nie tylko świadczą o komentujących, ale są też niczym papierek lakmusowy wskaźnikiem tego, co jest ważne nie tylko dla danego człowieka. To także konkretny obraz tego, jak zmienienia się postawa społeczna wobec tego, co jeszcze nie tak dawano było oczywistością: gotowości do udzielenia schronienia tym, którzy o nie proszą. Nawet, jeśli ceną za okazaną pomoc jest poniesienie najwyższej ofiary z życia swojego i najbliższych.
Porównanie gotowości do złożenia ofiary z życia swojego i najbliższych do jednej z zasad udzielania pomocy zupełnie, jak z podręcznika do przysposobienia obronnego, że pierwszą zasadą, udzielania pomocy jest to, by osoba, która jej udziela sama najpierw była bezpieczna. Tutaj tylko wspomnę, że służby ratunkowe od ratowników TOPR-u, strażaków, pracowników pogotowia ratunkowego ryzykują swoim życiem i zdrowiem, by ratować kogoś, kogo zdrowie i życie jest zagrożone. I niestety nie jest nietrafionym dowcipem to, że ratownik medyczny, czy lekarz pogotowia na „przywitanie”, wchodząc do pacjenta dostaje siekierą lub w „ najlepszym” razie wiązankę wyzwisk.
Kolejnym argumentem, który się pojawił wśród komentarzy był taki, że Wiktoria i Józef Ulmowie byli dorośli i mogli decydować tylko o swoim życiu. Natomiast nie mieli prawa decydować o życiu swoich dzieci. A także to, że Józef Ulma był świadomy tego, że udzielając schronienia potrzebującym Żydom narażał swoje dzieci. I to o nie powinien troszczyć się w pierwszej kolejności. Troszczył się zarówno o to, by jego rodzinie nie brakowało niczego pod względem materialnym- wszystkie swoje umiejętności wykorzystywał do tego, żeby poprawić jej sytuację. Przede wszystkim jednak dbał o jej rozwój duchowy przez wspólną modlitwę, czytanie i rozważanie Słowa Bożego z Wiktorią.
I to właśnie życie Ewangelią w praktyce dało im siłę do tego, żeby w godzinie próby wyjść z niej zwycięsko.
A zamiast publikowania takich, czy innych mądrości może warto szczerze i z otwartym sercem pomodlić się o to, żeby nikt nigdy nie musiał stawać przed takim wyborem.
