Trudno jest patrzeć na to, gdy w miejscu, które powinno być przestrzenią do duchowego wzrostu i rozwoju, (bo tak widzę rolę parafii) dzieje się źle.
I już słyszę te głosy osób z mojego otoczenia, które zaczną mnie namawiać do tego, żeby się zbuntować. Z resztą zgodnie z moimi przewidywaniami one się pojawiły.
Na czym ten bunt miałby polegać? Na odwróceniu się od parafialnego kościoła i przejścia do drugiego. Tylko takie postępowanie przypomina zachowanie dziecka w piaskownicy, które zabiera swoje zabawki i z niej wychodzi, bo nie podoba mu się postępowanie innych dzieci.
O ile takie zachowanie jest zrozumiale u dzieci to już niekoniecznie u osób dorosłych, które powinny być dojrzałe. Także w swojej wierze zwłaszcza wtedy, gdy w głębi serca nie zgadzają się na postępowanie tego, kto parafią zarządza.
Na czym ta dojrzałość w wierze moim zdaniem powinna polegać? Właśnie na zostaniu w parafialnym kościele zwłaszcza, gdy wiąże się ono z patrzeniem na to, na co wewnętrznie się nie zgadzam. Nie sztuką jest trwać, gdy to, trwanie nic nie kosztuje. Sztuką jest zostać pomimo tego, że jego konsekwencją będzie patrzenie na działanie, które boli i jest niezrozumiałe.
I pewnie zaraz usłyszę kolejną tak zwaną „dobrą radę” po, co tak się męczyć, szarpać ? I czy nie łatwiej byłoby odejść? Warto tak się męczyć i trudzić po to, by nie usłyszeć Jezusowego wyrzutu: -„I ty chcesz odejść?”, które może mi wrzucać sumienie.
A jedyną formą „buntu” na jaką zamierzam sobie pozwolić jest modlitwa o zmianę sytuacji w parafii. Nawet, jeśli przede mną czas długiej i wytrwałej modlitwy.
