Z racji przypadającego wczoraj święta Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny kilkanaście diecezji i archidiecezji ( w tym i „moja” warszawska) udzieliło dyspensy od nakazu, co do powstrzymania się od spożywania pokarmów mięsnych w piątek.
Dlaczego o tym piszę? Zapewniam, że powodem, dla którego wspominam o wydanej dyspensie nie jest bynajmniej to, że nie mogę powstrzymać się od zjedzenia przysłowiowego schabowego- jest wręcz przeciwnie.
Chociaż dla wielu zachowanie piątkowego postu najlepiej odłożyć do muzealnej gabloty z napisem: „nieaktualne”, może co najwyżej jeszcze dla starszego pokolenia to dla mnie ma on wciąż bardzo duża wartość. I nie sprowadzam go tylko i wyłącznie do tego, żeby nie jeść mięsa, bo wtedy nie jest to praktyka pokutna, która powinna moje spojrzenie skierować na potrzeby bliźnich, a nade wszystko choć w niewielkim stopniu być” sposobem” na ofiarowanie tego małego wyrzeczenia się, jako dziękczynienie Panu Jezusowi za ofiarę krzyża. I tego wszystkiego, co się na nim dokonało.
Już słyszę te głosy pełne oburzenia, że żaden biskup nie będzie nikomu dyktował, co i kiedy ma jeść. Oczywiście, że nad niczyim talerzem biskup, czy inny przedstawiciel Kościoła hierarchicznego nie stanie, i nie będzie w niego zagadał. To jest mój wybór, czy z tego skorzystam, czy nie. Zachowując w tej z pozoru drobnej rzeczy posłuszeństwo. Też dzisiaj nie modne, i w większości nierozumiane.
A zachętę, by odmówić dowolną modlitwę w intencjach Ojca Świętego potraktować bardzo serio. To jest zachęta, jaką skierował arcybiskup „mojej” archidiecezji, za którą pójdę, bo widzę w niej większe dobro.
