Kolejne już z pytań, jakie pojawiało się przy ignacjańskim rachunku sumienia, a które zatrzymało mnie na dłużej brzmiało: do kogo idziesz, gdy przeżywasz wątpliwości w wierze, kryzys, co do daru ( jak to najczęściej z nim bywa nieusłużonego) i tajemnicy powołania? Odpowiedź na to pytanie wydaje się proste, jednak tylko z pozoru.
Najbezpieczniej, najpewniej jest iść zawsze w pierwszej kolejności do Tego, który powołuje-Jezusa. Możemy i powinniśmy przychodzić do Niego z tym wszystkim, co przeżywamy nie tylko radosnego, ale także bolesnego i trudnego w różnych formach modlitwy.
Jeśli mamy tę łaskę, że „posiadamy” stałego spowiednika, warto z czasem trudności, zwątpienia, kryzysu iść do konfesjonału po, żeby z sakramentalnej spowiedzi, czerpać siły do trwania przy Bogu mimo tego, co przeżywamy. Warto to także oddać w rozmowie duchowej, chociaż niektórym dużo trudniej przychodzi o nią prosić niż o sakramentalną spowiedź. Ot, taki paradoks konfesjonału. Zapewniam jednak, że warto podjąć ten trud i walkę i o taką rozmowę poprosić.
Moje doświadczenie pokazuje, że bardzo dobrze jest zachować szczególną ostrożność w mówieniu o tym innym. Większość nie tylko nie będzie umiała nam pomóc, ale jeszcze, co gorsza z niezdrowej, niedobrej ciekawości zechce znać szczegóły tego, co jest dla nas bolesne i trudne, a czego wiedzieć nie powinna. Mogą także „życzliwi” podawać nam przykłady osób, które w wierze lub powołaniu nie wytrwały, co nie tylko nie będzie dla nas jakimś rodzajem wsparcia, ale jeszcze bardziej pogłębi czas zmagania z kryzysem, wątpliwościami.
Bo, jak to mówi moja przyjaciółka: „Trzeba wiedzieć, z czym do kogo iść. „Czasami lepiej zachować milczenie niż podzielić się tym, co przeżywamy z nieodpowiednią osobą. Wszak sam Jezus uczył tego, aby nie rzucać pereł przed świnie.
